Postanowiliśmy zorganizować wyprawę nad morze, w ramach urlopu Taty. Wyjazd wydawał się nam MegaSuperExtremalny do odbycia... W końcu pierwszy raz chcemy jechać z dwójką dzieci ponad 300km w jedną stronę, na więcej niż jeden dzień :) Ale co tam, my nie damy rady???
Już samo pakowanie okazało się być nie lada wyczynem :) To, że zabraliśmy ze sobą pół domu, to fakt. Ale to, że nasz Ford pomieścił te wszystkie rzeczy, zakrawa o cud! I spryt logistyczny Taty, który to wszystko upychał w nasz samochodzik. A wzięliśmy naprawdę duuuuużo: dwa wózki, krzesełko do karmienia, fotelik leżaczek-bujaczek, wanienkę, dwie torby podróżne z ciuchami, zabawki Kacpra, dwie Mega Paki pieluch, rower Taty z fotelikiem dla Kacpra, parawan, łóżeczko turystyczne z materacem i pościelą, mnóstwo jedzenia i na to wszystko jeszcze nocnik.
To nic, że wyglądaliśmy jak "pospolita rumunia"...
Grunt, że mieliśmy wszystko, co było niezbędne do przetrwania :)
A o to tu właśnie chodziło. Aby przetrwać te 6 dni z dwójką naprawdę małych Maluchów, aby nie zwariować i cieszyć się widokiem i zapachem morza.
Było przedziwnie :)
Nigdy wcześniej nie przeżyliśmy takiego zmęczenia, jednocześnie też byliśmy szczęśliwi, że jesteśmy tam razem.
Sama podróż przebiegła nadzwyczajnie spokojnie. Być może to sprawa deszczu, który lał niesamowicie i nieco uspokajał nasze Maluchy. Poza tym, Kacper był wyjątkowo zaciekawiony, co to właściwie jest to "nadmorze", o którym rodzice tak często mówili.
Naszym lokum na te parę dni był domek letniskowy, drewniany, w przemiłym sąsiedztwie innych domków, 40m od morza. Pachniał lasem, piaskiem a rano rosą i słychać było delikatny szum morza. Tą ciszę doceniliśmy odrazu, ale gdy położyliśmy dzieci spać, okazało się, że chodząc w domku, słychać było każdy krok, trzask, wodę spod prysznica, otwarcie drzwi...Nasze dzieci, czułe na odgłosy, o dziwo dobrze spały. Wielkość domku była nieporównywalnie mniejsza to "terenu", jaki ma Kacper tu, gdzie mieszka. Wystarczy mu, że nabiega się po kuchni i już traci swoją energię. Natomiast tam, w małym domku, ledwo zrobił kilka kroków, już musiał uważać na ściany. Dlatego z naszej strony wymagał o wiele więcej spacerów, wypadów na placyk zabaw, bo tam poprostu się nudził.
Morze okazało się dla niego niezbyt przerażające...Gdyby nie my, Kacper byłby w wodzie tuż przed "Morsami"...Wbiegał do wody, nie patrząc na nic! To samo działo się na plaży...Po kilku upadkach w piach, sam kładł się twarzą do ziemi, specjalnie po to, żeby poczuć to miękkie "Bam!"...A uśmiech nie schodził mu z buźki :) Wszystkie Pańcie sanatoriuszki - kuracjuszki "wyrywał" na swój szelmowski uśmiech i czar, puszczał oczko i mrugał zalotnie, po czym posyłał buźkę i robił "papa". Działało na wszystkie :)
Natalka była wspaniała. Dała nam zjeść obiad w knajpkach, pospacerować w spokoju i wyspać się w nocy. Mała podróżniczka :)
Byliśmy na wycieczce w Kołobrzegu, obserwowaliśmy okręty, statki pirackie i mniejsze turystyczne. Spacerowaliśmy po parku i wdychaliśmy świeże powietrze, zajadając gofry. Największym naszym wyczynem była wycieczka do Gąsek, gdzie WSZYSCY, razem z Natalką, weszliśmy na latarnię morską :)
Z "nadmorza" wróciliśmy mega zmęczenia i bardzo szczęśliwi. Energię, poświęconą dzieciom, podładowaliśmy, ciesząc się przepięknym widokiem zachodzącego słońca w ostatni wieczór naszego pobytu. Przepraszam...Słońce nie zachodzi....Słońce robi "bam" do wody i idzie spać :)
Ot, takie to życie z dziećmi :)




















To określenie "dziwnie", to rozumiem...przynajmniej częściowo :) Ale tak czy inaczej, to szacun dla Was :D I jak zwykle cudne zdjęcia :) A Kacper się zrobił wykapany tata :)
OdpowiedzUsuń